Polskę czeka spowolnienie, relatywnie dłuższe niż w 2009 r. - Sławiński, NBP

08-02-2013 07:45
08.02. Warszawa (PAP) - Polskę czeka nie recesja, lecz spowolnienie, relatywnie dłuższe niż w 2009 roku ze względu na słabe ożywienie europejskiej gospodarki. Inflacja nie powinna być zagrożeniem - uważa Andrzej Sławiński dyrektor Instytutu Ekonomicznego NBP Andrzej Sławiński.

"Ja bym zakładał, że - podobnie jak w 2009 r - czeka nas nie recesja lecz spowolnienie, jakkolwiek tym razem może być ono relatywnie dłuższe ze względu na anemiczne ożywienie w gospodarce europejskiej" - powiedział w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" Sławiński.

Jego zdaniem wyraźne ożywienie w inwestycjach Polska będzie musiała poczekać ze względu na powolne wydobywanie się europejskiej gospodarki z obecnej recesji.

"Musimy poczekać, zanim przedsiębiorstwa nabiorą zaufania do trwałości poprawy koniunktury" - dodaje.

Sławiński uważa, że niemiecka gospodarka nie będzie aż tak silnie, jak na to liczymy, ciągnąć ze sobą pozostałych gospodarek.

"Nie wszyscy chyba jednak zdajemy sobie sprawę, że oczekiwane ożywienie w Niemczech nie pociągnie za sobą reszty Europy z taką siłą, jak byśmy tego chcieli. Niemiecka gospodarka jest jak samolot lecący na jednym silniku, którym jest jej wydajny sektor eksportowy. Większość Niemców pracuje jednak w usługach. A sektor ten jest w Niemczech od lat mało wydajny. Popyt na drogie w Niemczech usługi od lat wolno rośnie. Firmy w sektorze usług nie mają wielu powodów, by inwestować i płacić swym pracownikom więcej. Wprawdzie wydajność w niemieckim przemyśle rośnie szybciej, ale Niemcy - pomimo, że są dużym krajem - postrzegają siebie jako małą otwartą gospodarkę, która musi dbać stale o utrzymanie konkurencyjności kosztowej. I dlatego tam wszyscy - w tym także związki zawodowe - uczestniczą w dążeniu do utrzymania konkurencyjności kosztowej gospodarki. To w dużej mierze jest przyczyną (nie tylko reformy rynku pracy) umiarkowanego tempa wzrostu płac w Niemczech. Być może niskie stopy procentowe przyniosą z czasem ożywienie na niemieckim rynku budowlanym, ale dzisiaj powszechna jest świadomość zagrożeń, jakie niosą z sobą boomy budowlane i tego, że trzeba na nie reagować z wyprzedzeniem" - powiedział Sławiński.

Dyrektor Instytutu Europejskiego NBP uważa także, że inflacja nie powinna być większym zagrożeniem.

"Przewidzenie przyszłej inflacji to jest rzecz trudna, ponieważ musielibyśmy wiedzieć, jak będą zmieniały się ceny żywności i surowców na rynku globalnym, które od połowy ubiegłej dekady windował - mówiąc w wielkim uproszeniu - rosnący popyt Chin i moda na kupowanie kontraktów terminowych opiewających na surowce przez inwestorów finansowych; w tym także przez amerykańskie fundusze emerytalne, którym wmówiono, że jest to wspaniały sposób na dywersyfikację portfeli ich aktywów. Analizy eksperckie i ceny surowców na rynkach terminowych zdają się jednak mówić, że będziemy mieli przynajmniej chwilę oddechu i przez jakiś czas świat nie będzie już musiał zmagać się z powracającymi w ostatnich latach falami wzrostu cen żywności i surowców. To może pomóc stabilizować inflację zwłaszcza w krajach wschodzących, gdzie ceny żywności i energii mają - jak u nas - duży udział w koszykach CPI. Być może będziemy musieli z czasem zacząć współczuć hydrze inflacji, bo może się okazać, że zacznie biedaczka być na ścisłej diecie" - ocenia.

Ponadto Sławiński podkreśla, że za cenę relatywnie niewielkiej zmienności kursu złotego Polska zachowuje autonomię polityki pieniężnej.

"Od lat 80-tych ubiegłego wieku badania empiryczne nie potwierdzają niekorzystnego wpływu zmienności kursów walutowych na handel zagraniczny, nawet jeśli intuicja mówiłaby nam coś innego. Proszę też zwrócić uwagę, że od czasu silnej deprecjacji naszej waluty, po upadku Lehman Brothers, kurs złotego do euro był zadziwiająco wręcz stabilny, mimo wysoce niestabilnej sytuacji w gospodarce światowej. I nie ma w tym niczego tajemniczego, jeśli weźmiemy pod uwagę wysoki stopień integracji naszej gospodarki ze strefą euro. Podobne są przyczyny stabilności funta i korony szwedzkiej. Przez całą ubiegłą dekadę kursy obu walut były bardzo stabilne w relacji do euro, mimo że ani Bank Anglii ani Riksbank nie interweniowały na rynku walutowym. Można zatem powiedzieć, że za cenę relatywnie niedużej zmienności kursu złotego zachowujemy autonomię polityki pieniężnej. A o tym, ile może kosztować przedwczesna rezygnacja z autonomii polityki pieniężnej mówią choćby przykłady Hiszpanii i Portugalii" - mówi.(PAP)

kba/ osz/

X
Poleć artykuł innej osobie

Uzupełnij poniższy formularz

CAPTCHA
 
Graficzne pułapki CAPTCHA