Dodatkowym wsparciem dla nadziei na uspokojenie sytuacji są informacje o możliwej drugiej rundzie bezpośrednich rozmów USA-Iran jeszcze w ten weekend oraz o 10-dniowym zawieszeniu broni między Izraelem a Libanem, które zaczęło obowiązywać w nocy. Z punktu widzenia rynku oznacza to przede wszystkim próbę zatrzymania dalszej eskalacji, a nie definitywne rozwiązanie kryzysu. Nawet jeśli polityczne komunikaty brzmią coraz bardziej pojednawczo, inwestorzy muszą brać pod uwagę, że droga do pełnego porozumienia może być znacznie dłuższa. Część przywódców z państw Zatoki Perskiej i Europy zakłada, że osiągnięcie trwałego układu pokojowego może zająć około sześciu miesięcy.
Najważniejszym gospodarczym wymiarem całego kryzysu pozostaje jednak nie sama dyplomacja, lecz sytuacja w Cieśninie Ormuz. To właśnie ten szlak transportowy jest kluczowy dla globalnego rynku energii, ponieważ przed wybuchem wojny przepływała przez niego około jedna piąta światowego handlu ropą i LNG. Zakłócenia w tym obszarze natychmiast podnoszą koszty dostaw, wzmacniają presję inflacyjną i zwiększają ryzyko spowolnienia gospodarki światowej. Dlatego nawet jeśli rynki akcji reagują ulgą na polityczne sygnały deeskalacji, to prawdziwym testem poprawy sytuacji będzie dopiero przywrócenie normalnego przepływu surowców.
Zachowanie cen ropy dobrze pokazuje tę rozdwojoną reakcję rynku. Brent spadł do 98,60 USD za baryłkę, co można odczytywać jako częściowe odreagowanie po wcześniejszym wzroście napięcia. Jednocześnie realne ceny fizycznej ropy pozostają wyraźnie wyższe niż notowania kontraktów terminowych, ponieważ ceny fizycznej ropy Brent z natychmiastową dostawą utrzymuje się w okolicach 116 USD za baryłkę. Taka rozbieżność sugeruje, że inwestorzy finansowi zaczęli ostrożnie dyskontować scenariusz uspokojenia, ale uczestnicy fizycznego rynku nadal wyceniają realny niedobór podaży i wysokie ryzyko logistyczne. Innymi słowy, rynki papierowe zaczynają patrzeć w przyszłość z większą nadzieją, podczas gdy rynek fizyczny nadal pozostaje zakładnikiem bieżących zakłóceń.
Niepewność dodatkowo podtrzymują działania USA i Iranu wokół eksportu ropy. Waszyngton prowadzi pełną blokadę, by ograniczyć napływ irańskiej ropy na rynek światowy, a Teheran chce pobierać opłaty za tranzyt statków nawet po zakończeniu wojny. To oznacza, że nawet formalne wygaszenie działań zbrojnych nie musi automatycznie przełożyć się na szybki powrót do warunków sprzed konfliktu. Rynek może więc przez dłuższy czas funkcjonować w otoczeniu wyższych kosztów transportu, większej niepewności i utrzymanej premii geopolitycznej w cenach surowców.
W tym kontekście zapowiedź Wielkiej Brytanii i Francji dotycząca organizacji szczytu około 40 państw w sprawie ewentualnych sił morskich zabezpieczających Cieśninę Ormuz pokazuje, że zachodnie stolice traktują problem jako długofalowe zagrożenie dla stabilności handlu. Jednocześnie sama możliwość szybkiego rozmieszczenia takiej misji oceniana jest jako ograniczona bez szerszego porozumienia politycznego, co tylko potwierdza, że ryzyko dla rynku energii nie zniknie z dnia na dzień.
Obecnie rynki mogą chwilowo odreagowywać w odpowiedzi na sygnały politycznej deeskalacji, ale trwała poprawa nastrojów będzie możliwa dopiero wtedy, gdy znikną realne bariery w handlu surowcami. Dopóki transport przez Cieśninę Ormuz pozostaje zaburzony, dopóty utrzymuje się presja na ceny energii, inflację i perspektywy wzrostu gospodarczego. Dlatego obecny optymizm inwestorów należy traktować ostrożnie. Polityczne deklaracje poprawiają sentyment, lecz gospodarcze skutki konfliktu nadal pozostają bardzo wyraźne.